Schodami w górę, schodami w dół…

Miała być tylko wyprawa po produkty na moje dietetyczne papki. Krótka i spacerowa, a zrobiła się z tego krucjata okupiona litrami wylanego potu.

Pomyślałem sobie, że bardzo dobrym pomysłem będzie zrobienie zupek warzywnych na zapas. Plan miałem taki, aby kupić po kilogramie interesujących mnie warzyw i rozpocząć działania kulinarne. Przedtem odwiedziłem „Żywiciela”, restaurację mojej siostry. Pogadaliśmy na tematy knajpowe, udało mi się też u niej zamówić jednorazowe pojemniczki do późniejszego mrożenia dietetycznych specjałów. Zakupy miałem zrobić lokalnie, ale siostra jechała do centrum więc skusiłem się na wizytę pod Halą Mirowską. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniłem do mojej Mamy i zapowiedziałem się z popołudniową wizytą (przystanek od Hali). Za każdym razem kiedy wchodzę na targ ciągnący się od Jana Pawła II (albo jak mówi mój kolega łącząc elementy PRL-owskie z obecnymi: Jana Pawła Marchlewskiego) do Placu Mirowskiego uwalniają się we mnie hormony szczęścia. Tu jest prawdziwy raj dla osób kochających gotowanie! Można dostać wszystko, albo prawie wszystko. Warzywa w niesamowitym wyborze i przyzwoitych cenach. Bardzo kompetentni sprzedawcy. Porównuję to sobie z tym miejscem ponad ćwierć wieku temu i śmiech mnie ogarnia. Połowy tych stanowisk nie było, nie każdy sprzedawca miał ochotę się uśmiechnąć, a gdybym chciał rozmawiać z kimś o gatunkach dyni to usłyszałbym: „dynia jest dynia psze pana!”. Rzeczonej dyni w jednym stoisku gatunków 7 (słownie siedem), pani cierpliwie tłumaczy emerytowi kupującemu 30 deko jak najlepiej ją przyrządzić. Kapusta pak-choi, zioła w pęczkach czy doniczkach, rzadkie odmiany sałaty, trochę egzotycznych owoców – czuje się tu powiew świata. Oczywiście w porównaniu do włoskich mercato, czy hiszpańskich mercadillo może jeszcze nam brakuje, lecz weźmy też pod uwagę iż Polska leży w trochę w innym klimacie.

Jak już wspomniałem na targ wkroczyłem i tu się zaczęło. Wpadłem w ten szał mnogości artykułów jakiej nie mógł mi zapewnić nawet w najlepszym momencie roku, mój ulubiony sprzedawca z kazimierskiego targu zwany przez wszystkich Rumcajsem. Szczęśliwie ograniczają mnie wskazania pooperacyjne i dietetyczne, niewiele mogę jeść. Jakie papki postanowiłem zrobić? Marchewkowa z imbirem, dyniowa z gałką muszkatołową, buraczkowa z czosnkiem, szpinakowa zabielana mlekiem 0,5% również z dodatkiem czosnku, cukiniowa z koperkiem i papka z pieczonej papryki. Wszystkiego po kilogramie – no fajnie, ale zrobiło się ciężko szczególnie że panie straganiarki miały tendencję do przeważania. Potem dotarłem do chińskiego sklepu po tofu. Torby mi się rwały więc wściekły i spocony zakupiłem „ekologic bag”, zarzuciłem ją na plecy i zarządziłem powrót. Nie oparłem się jednak przed zakupem dwóch, pięknych donic z tymiankiem i oregano i koniecznego jak dla mnie do zrobienia bulionu kurczaka oraz włoszczyzny (o Jezu jak ciężko!).

Powolutku dotarłem na Nowolipie pod dom mojej Mamy i przysiadłem na ławeczce jak emeryt. Trzy piętra do góry i rozsiadłem się w fotelu. Powrót do domu odbył się już taksówką, lecz niestety taksówki nie wjeżdżają na piąte piętro. W związku z tym ja wjechałem i ledwo to wszystko przeżyłem, uff…

Wieczorkiem doczytałem do końca broszurkę jaką dostałem przy wyjściu ze szpitala: „nie należy dźwigać ciężarów większych niż 3-4 kilogramy”.

No to teraz już wiem!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s