Skoki i podskoki

Prędzej czy później wiadomo było, że pojawią się „skoki w bok”. Niewielkie, takie małe i prawie niewinne… Odstępstwa od reguły utwierdzające mnie w tym, że grzeszyć nie ma co.

To oczywiście żart. Grzech wydaje się być kwintesencją szczęśliwego życia (oczywiście to tylko moja teza nie dotycząca księży, zakonnic i duchownych wyznań wszelakich). Grzech (choć lepiej brzmi: grzeszek) kojarzy mi się z przyjemnością, a ta jak wiadomo jest solą życia. Nie bądźmy zakłamani, wszyscy dążymy do tego by sprawiać sobie i najbliższym przyjemności przeróżne, a że nie wszystkie są związane z szeroko pojętą poprawnością… No cóż, takie życie:-)

W naszej bariatrycznej rzeczywistości co grzechem jest – każdy (nawet głupi) wie. Chwaliłem się przed Wami nieustannie, że jestem twardy jak skała i nie jem tłuszczu, cukru, ani węglowodanów. Nie kłamałem ani troszeczkę! Tak było i teraz znowu tak jest. Pogrzeszyłem parokrotnie przez tydzień (maksimum raz dziennie), pogrzeszę jeszcze podczas najbliższego spotkania z dziewczynami ze szpitala w Łęcznej z którymi mnie operowano (8 grudnia kontrola) i do świąt dieta ortodoksyjna!

Na pierwszy rzut poszło winko. Dwa kieliszki zimnego stołowego sprawiło mi taką przyjemność jakby był to najlepszy rocznik Chablis! W głowie się nawet nie zakręciło, czyli wszystko po staremu – zabawa zaczyna się dopiero po trzeciej butelce:-). Jednak nie zamierzam badać granicy wytrzymałości.

Dwa dni później nie mogłem się oprzeć kiedy zobaczyłem bezę. Nigdy przedtem nie miałem tak zwanego ciśnienia w tym kierunku, ale klasyczna Pavlova z owocami urzekła mnie swoją urodą. Dwa małe widelczyki do kawy. Pyszne, ale długo nie spróbuję bo jak dla mnie…za słodkie!

Z węglowodanów zjadłem makaron z sosem śmietanowo – szpinakowym. Pół małej miseczki – dobre!

Kolejnym  grzeszkiem (prawidłowo, bo po deserze) był ser. Nie do końca nawet wiem jaki, bo dostałem go w pudełku bez podpisu i ugotowałem  z niego sos do makaronu. Nie mogłem się oprzeć i zrobiłem sobie małą kanapkę. I tu ostatni grzech – z chleba który sam upiekłem. Moja córka w szkole miała święto chleba, więc zamiast kupować coś w piekarni – upiekłem sam. Przepis bardzo prosty, zapach obłędny i jeszcze ten ser (chyba gorgonzola). To też było niezłe. Tak mogę żyć! Przyjemności tego typu trzy, cztery razy w miesiącu w ilościach wiadomych. Święto to prawdziwe, ale nie obżarstwa tylko raczej degustacji.

Obecnie mam dorywczą, ale dość intensywną pracę i pomimo tych grzeszków chudnę nadal! Pisałem o moich „skokach w bok”. Zanotowałem też jeden podskok. Wracając z rzeczonej pracy wysiadłem z autobusu i postanowiłem przesiąść się do tramwaju. Tramwaj stał po drugiej stronie skrzyżowania, czerwone dla pieszych, czerwone dla tramwaju. I w tym momencie szybka decyzja: bieg przez jezdnię, skok przez płotek i zdążyłem! W tramwaju aż usiadłem, kiedy zorientowałem się iż ostatni taki bieg ze skokiem wykonałem chyba 10 lat temu! Jak się chudnie to się biega i skacze!

Poniżej zdjęcie tej, która w naszej rodzinie skacze najlepiej, czyli siostrzenicy mojej żony, Uli – wicemistrzyni Polski w biegu na 100 metrów przez płotki – aż tak to nie schudnę:-)

ula tak

Reklamy

4 myśli na temat “Skoki i podskoki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s